Krysia, Twins & Co

Słodkie kłopoty w podwójnym wydaniu…

O Panu Tralalińskim, Julian Tuwim, Katarzyna Bogucka

listopad18

O Panu Tralalińskim, Julian Tuwim, Katarzyna Bogucka

Powiem tak: nie można lepiej wydać Pana Tralalińskiego niż zrobiła to Wytwórnia! Nie dość, że w cudnej oldskulowej i budzącej najlepsze wspomnienia z dzieciństwa formule: czyli małej tekturowej książeczce (z naprawdę grubej tektury :), to w dodatku z mega świetnymi ilustracjami.  Niezbędna dla każdego kilkulatka. Jego rodzice - zapewniam - przećwiczyłam na swoich maluchach - aby usłyszeć, jak malutki człowiek z zapartym tchem szepcze: “nawet mała myszka, szara Tralaliszka, choć się boi kotka…” będą czytali tę książkę, sami świetnie się bawiąc. Bo, poza wszystkim, to kawałek, świetnej literatury. Koniecznie!
———————————————–
O Panu Tralalińskim, Julian Tuwim, Katarzyna Bogucka
Wydawnictwo Wytwórnia, Warszawa 2010
Oprawa: cała z kartonu, stron 10, cena 15 zł

Billy i tajemniczy kot, Birgitta Stenberg, Matti Lepp

listopad18

Billy i tajemniczy kot,  Birgitta Stenberg, Mati Lepp

Billy skradł serce Mai i Lenie, moim 3,8 letnim bliźniaczkom. I to bardziej w drugim tomie niż w pierwszym, czyli w “Billy jest zły”. Tym razem do domu Billego przychodzi tajemniczy gość - kot! I samo to wydarzenie wprawia maluchy w stan zachwytu, bo przecież do miękkiej sierści fajnie jest się przytulić, a jak ciekawie jest patrzeć, kiedy kot je rybę! To klasyka skandynawskiej literatury - książka z cyklu kameralnych, takich, w których się w zasadzie niewiele dzieje, a to, co najważniejsze można odczytać między słowami. Oglądanie ilustracji Mati Leppa (tego od “Jak mama została Indianką” wydawnictwa Zakamarki ) jest ogromną przyjemnością. Mam słabość do jego postaci, szczególnie maluchów, które mają krzywe zęby albo właśnie im wypadają i jako żywo przypominają mi Zosię z mojego podwórka, najlepszą starszą koleżankę Mai i Leny. Czekamy na następnego Billego :)

———————————
Billy i tajemniczy kot,  Birgitta Stenberg, Matti Lepp
Wydawnictwo Eneduerabe, Gdańsk 2010
Oprawa twarda, stron 32, cena 22 zł

Co krasnale mają w nosie. Prywatne życie krasnali, Dorota Matloch, Agata Juszczak

listopad18

Co krasnale mają w nosie. Prywatne życie krasnali, Dorota Matloch, Agata Juszczak

No właśnie, co? Na to pytanie nie znajdziemy odpowiedzi w książce. Za to znajdziemy w niej co innego: bezkompromisowy, do bólu prawdziwy, przezabawny, intrygujący i kładący na łopatki opis świata krasnali. Autorki dały popalić w sferze słowa i czynu. Treść zadowoli najbardziej ciekawskiego malucha i najbardziej wyzwolonego rodzica (a zwłaszcza mamy, które dowiedzą się, ile chrabąszczy ma w pasie statystyczna krasnalica i dlaczego nosi w walizce zająca), a forma - jest wysmakowana i ilustracyjnie, i typograficznie. Moje dzieci były zaintrygowane, szczególnie wiewiórką i majtasami, ale nie zdradzę dlaczego, bo to wszystko znajdą Państwo w książce. Uwaga, mężczyźni, myślę też sobie, że jako prezenty mikołajowy lub mikołajkowy ucieszy także 24, a nawet 34-letnią nezależną i pewną siebie kobietę. A o takie nam przecież chodzi!

—————————-
Co krasnale mają w nosie. Prywatne życie krasnali, Dorota Matloch, Agata Juszczak
Wydawnictwo Hokus-Pokus, Warszawa 2010
Oprawa twarda, 56 stron, cena 29 zł

Czarna perła czyli o Andersenie z Kinszasy

październik27

Przed Państwem nie lada gratka: wywiad z prawdziwym bajkopisarzemi i to w dodatku czarnoskórym! Udało mi się spotkać z nim oko w oko. A tych, którym się nie uda zachęcam do poczytania jego baśni z tomu “Czarownica Nanga” wydanego przez Media Rodzinę.

Afrykańskie opowieści już dawno napisali nieafrykańczycy: Chińczycy, Japończycy, Francuzi, Amerykanie. Jak dzisiaj skomponować baśnie z Czarnego Lądu zawierające prawdziwą duszę tego kontynentu? - zastanawia się Kama Sywor Kamanda, kongijsko-luksemburgski pisarz.

Krystyna Romanowska: Mówi Pan o sobie: “jestem jedynym żyjącym klasykiem baśni”. Czy to oznaka typowej kongijskiej próżności?
Kama Sywor Kamanda: Cha, cha, cha! Od kilku lat mieszkam w Luksemburgu, więc może przejąłem trochę z europejskiej zarozumiałości? Faktem jest jednak, że studenci uniwersytetów kandyjskich, amerykańskich mają w lekturach obowiązkowych książki Kamandy, a mój debiutancki zbiór baśni: “Opowieści afrykańskich wieczornic” jest lekturą obowiązkową we wszystkich francuskich gimnazjach. Ale nie zawsze śpieszę, by opowiadać nowo spotkanym ludziom, jaki zawód wykonuję. Bo czy ja wyglądam na pisarza?

Ma Pan chyba ze dwa metry, jest Pan dobrze zbudowany, bezpośredni, hałaśliwy i jowialny, bez śladu artystycznego zamyślenia…

No właśnie, zbyt często widziałem szeroko otwarte oczy moich rozmówców, którzy dowiadywali się, że jestem pisarzem. W zbiorowej świadomości utarło się bowiem: wielki pisarz musi być martwy. A jeżeli jest żywy, to powinien być chudy, blady, brzydki, mieć kompleksy i nieobecne spojrzenie, palić papierosy…

... i być białym mężczyzną.

Właśnie. Ja tymczasem jestem czarny jak Aladyn z baśni o cudownej lampie.

Aladyn był Arabem.

Błąd. Padła Pani ofiarą literackiego przekłamania. Aladyn, jego wuj, a nawet dżin mieli skórę koloru gorzkiej czekolady! Opowieści Tysiąca i jednej nocy mają bowiem proweniencję afrykańską, a w toku dziejów zostały po prostu zislamizowane.

Ali Baba też był czarny?

Owszem. Jak heban. Wiele innych baśni, o których myślimy, że są chińskie, japońskie, arabskie czerpią z afrykańskiej studni tradycji. Jaka jest tego konsekwencja? Studnia tradycji Czarnego Lądu jest pusta. Dlaczego? Antropolodzy, pisarze, naukowcy ze wszystkich europejskich krajów przez wiele dziesiątków lat wysuszyli to źródło. Chińczycy, Japończycy, Francuzi, Arabowie, Amerykanie spisali już wszystkie afrykańskie opowieści nasączając je wedle swojego widzimisię wątkami chrześcijańskim, muzułmańskim, Tao i innymi.

Pana baśnie nie są więc zapisem, transkrypcją opowieści afrykańskich bajarzy?

Absolutnie nie. Wielu ludzi tak myśli. Niestety, dzisiaj nie ma już takiej możliwości. Jako pisarz zajrzałem w głąb tej pustej studni, o mało z rozpaczy nie wpadłem do niej.

Ale poradził Pan sobie doskonale.

Tylko dzięki wyobraźni, a także znajomości nowoczesnej i tradycyjnej Afryki, również moim literackim studiom. Zderzyłem się jednak z problemem, jak podać baśnie afrykańskie bez zatracenia afrykańskiej duszy?A jednocześnie - nie powtarzać tego, co zostało już napisane. To była ogromna praca: zrekonstruować afrykańską ? coraz bardziej fragmentaryczną pamięć. Powiedziałbym nawet pamięć skorumpowaną. Dzisiaj ogromnym problemem Afryki jest percepcja jej przez pryzmat podziałów: chrześciajanie - muzułmanie, kapitaliści -komuniści, nowoczesność - tradycyjność, mafie diamentowe, złote, platynowe. Gdzie w tym chaosie jest miejsce dla baśni? Chciałem uniknąć tych wszystkich “cliches” i pokazać Afrykę przepełnioną wyobraźnią, Afrykę snów, Afrykę ze snów, bo przecież każdy z nas ma swój afrykański sen. Ale także Afrykę realną: wioski, miasta, suszę, porę deszczową.

Korzenie Pana rodziny są egipskie, w baśniach przewija się Dolina Królów, Nil, Sfinks. Pana babcia, która dożyła 104 lat opowiadała Panu, jak się żyło w Egipcie?

Jestem pewien, że gdyby nie ona, nie zostałbym pisarzem. Ona obudziła we mnie marzenia o kraju moich przodków. Nie chciała, żebyśmy stracili pamięć przeszłości. To babcia przekazała mi historię mojej rodziny od czasów egipskich do kongijskich.Wiele zawdzięczam także moim wcześniejszym przodkom, bo w każdym pokoleniu był ktoś, kto starał się przekazać młodszym pamięć naszej rodziny, naszego klanu.

Tylko przekazy rodzinne mogą stanowić gwarancję, że historia opowiedziana będzie prawdziwa?

W Afryce - tak. Dlatego dziedzictwem kulturowym moich baśni jest także pokazanie cząstki prawdziwej historii Afryki. Ponieważ ta - powszechnie znana - jest oparta na kłamstwie. Kiedy czytamy książki czy oglądamy filmy o starożytnym Egipcie - wszyscy tamtejsi mieszkańcy są biali! Pytam, jakim cudem? Egipt był czarny. Pierwsi biali, jacy dotarli do Afryki (za wyjątkiem Persów) to żołnierze Aleksandra Macedońskiego. Oburza mnie też nazywanie Kleopatry królową Egiptu. Ona nie była Egipcjanką. Taka z niej królowa Egiptu jak z de Gaulle a - prezydent Senegalu!

Zacietrzewił się Pan!

Bo mnie to denerwuje! Stereotypizacja Afryki to także jeden z powodów tego, że afrykańscy pisarze są tak mało znani i tak trudno im się przebić. Nie ma typowej Afryki. Jest wiele Afryk. Jest Afryka arabska, Afryka Czarna, w której mieszczą się także afryki tradycyjne z Zulusami, Buszmenami, Pigmejami, Masajami.

Ale Panu się udało przebić, jest Pan znanym afrykańskim autorem, chociaż w Polsce …. nikt o Panu nie słyszał…

(śmiech) To prawda. Odbiło się to nawet na tytule zbioru baśni wydanego w Polsce. Miał on brzmieć po prostu “Baśnie”, tak jak baśnie braci Grimm, Perlauta czy Andersena. Ku mojemu zdziwieniu, wydawca oświadczył: “Ponieważ jest Pan Afrykaninem - tytuł musi brzmieć “Baśnie Afrykańskie”. Nie! ? zawołałem. - To nie Afrykańczycy zebrali się na jakiejś konferencji i napisali baśnie, to ja - Kamanda - je napisałem! Dlaczego jeżeli Baśnie Andersena są baśniami Andersena, dlaczego Baśnie Kamandy nie mogą być Baśniami Kamandy!” Uznałem, że to jakaś forma rasizmu!

Ależ Wy, Afrykańczycy, jesteście przewrażliwieni na punkcie rasizmu! Ale w końcu wydawca Pana przekonał?

Przemówiły do mnie względy komercyjne. To prawda, że nikogo nie przyciągnie tytuł “Baśnie” Kamandy, ale - ponieważ Polacy lubią podróżować do Afryki - tytuł “Baśnie afrykańskie” zaintryguje więcej czytelników.

Po drodze Panu ze wspomnianymi przez Pana: Hansem Christianem Andersenem czy braćmi Grimm?

Mam wrażenie, że Andersen jest mi duchowo najbliższy. Jego i moje utwory są baśniami literackimi, do napisania których potrzebny jest wyjątkowy kunszt literacki, maestria językowa. On pisał poezję, ja - również. No i nasze baśnie nie kończą się zawsze happy endem.

Tyle tylko, że w Pana utworach jest trochę mniej okrucieństwa niż w bajkach europejskich w ogóle. Co prawda stonoga umiera na słońcu, a olbrzym zjada dzieci wieśniaka, ale daleko Panu do sadyzmu np. braci Grimm.

Staram się unikać epatowania przemocą i okrucieństwem, może dlatego, że piszę o kontynencie, który wiele wycierpiał…

Prawdę powiedziawszy jednak, co Pan może wiedzieć o teraźniejszej Afryce, skoro połowę czasu twórczego spędza Pan w Japonii, a połowę - w Luksemburgu?

Tu mnie Pani złapała! Rzeczywiście, najlepiej mi się tworzy i myśli w Japonii. Ale do Afryki, gdzie przecież spędziłem prawie połowę życia, wracam co rok. Chociaż zwiedziłem wszystkie kraje świata, moje serce jest właśnie tu: w Dolinie Okawango w Bostswanie czy w Kenii. Zawsze dochodzę do wniosku, że wszyscy jesteśmy Afrykańczykami. Każdy z nas ma przecież swój afrykański sen. Sen o mojej Afryce jest zawarty w baśniach.

Rozmawiała: Krystyna Romanowska

Kama Kamanda jest pisarzem kongijsko-luksemburgskim pochodzenia egipskiego. Zadebiutował w 1966 roku jako 14-latek zbiorem baśni. “Opowieści afrykańskich wieczornic”. Skończył prawo na uniwersytecie w Liege, studiował także nauki polityczne, literaturę i filozofię na uniwersytecie. W latach 70-tych wyemigrował z Konga jako opozycjonista. napisał około dwudziestu książek zawierających tysiąc wierszy i setki opowieści, w tym 252 baśni. Jego dorobek literacki obejmuje także kilka powieści. Laureat wielu nagród, ostatnią francuską nagrodę literacką Heredia - dostał w zeszłym za całą twórczość poetycką. W Polsce ukazał się zbiór jego baśni “Czarownica Nanga. Baśnie Afrykańskie”.

Kamyki Astona, Lotta Geffenblad

sierpień19

Kamyki Astona, Lotta Geffenblad
Dzisiaj rano Lena obudziła się z pytaniem na ustach: Mamo, dlaczego grzyby mają tylko  jedną nogę? Kamyki Astona to książka dla wiecznie chłonnych informacji maluchów. Przepiękna, przeurocza książka o tym, że nawet najwrażliwsi rodzice i tak są mniej wrażliwi od swoich dzieci jeżeli chodzi o zadziwienie światem i empatię. Historia pieska Astona, który przynosi do domu kamienie i opiekuje się nimi, nie wychodzi od trzech dni z sypialni Mai i Leny. Czytamy ją trzy razy przed zaśnięciem, a podczas lektury padają te same pytania: Dlaczego Aston marszczy brwi, dlaczego mama gra na gitarze. I gdzie jest auto?
Książka jest niebywale pięknie zilustrowana, urzeka gra światłem i dbałością o szczegół. Fabuła  - zabawna, przewrotna i bliska rodzicom kilkulatków. A co więcej - lansująca partnerski model rodziny: tata robi na drutach, a mama gra na gitarze i … robi zakupy. Polecam!

———–
Kamyki Astona, Lotta Geffenblad
Wydawnictwo Eneduerabe, Gdańsk 2010
Oprawa twarda, 28 stron, cena 22,90 PLN

posted under ogólna | 3 Comments »

Nóż w palcu, Wojciech Feleszko/Ignacy Czwartos

sierpień19

Nóż w palcu, Wojciech Feleszko/Ignacy Czwartos

Druga z kolei książka świetnego duetu, który przybliża dorosłym i dzieciom tajemnice ciała ludzkiego. I to w jakim stylu! Otóż Julka kaleczy się w palec przy krojeniu bułki do szkoły. Krew się leje strumieniami, a nóż błyszczy w świetle słońca. Potem następuje omdlenie ojca na widok krwi oraz brawurowa jazda do doktora Orzeszko. Moje trzyipółletnie bliźniaczki były niewymownie podniecone takim rozwojem akcji. Wołały: nóż, Julka, krew. I zaczęłam się obawiać, że książka odniesie przedziwny skutek w postaci niezdrowego zainteresowania krwawymi tematami. Nic bardziej mylnego. Przy pierwszym skaleczeniu czy rozkrwawionym kolanie na hasło: “doktor Orzeszko tak radzi” bez oporu dawaly sobie polewać ranę wodą utlenioną i zalepiać plastrem. A podczas niedawnego powrotu z wakacji samochodem, przez około dwóch godzin wysłuchiwaliśmy, w jaki sposób płytki krwi budują ścianę, żeby krew nie leciała z rany!

Reasumując: doskonała kontynuacja pierwszego tomu, ewidentnie czuć, że obaj panowie się rozkręcają. Dynamiczne ilustracje Ignacego Czwartosa doskonale działają na dziecięcą wyobraźnię. Swietne są także także tzw. “opowiadacze”, czyli ramki z dodatkowymi informacjami, które mogą być dobrym pretekstem do rozmów rodziców z dziećmi. Bezcenne! Czekamy z utęskieniem na ciąg dalszy.

———————————–
Nóż w palcu, Wojciech Feleszko/Ignacy Czwartos
Wydawnictwo Hokus-Pokus, Warszawa 2010
Oprawa twarda, 32 strony, 29 PLN

Być rodzicem to za mało

kwiecień1

Na blogu Krysia, Twins & Co witam Renatę Mazurowską, doskonałą dziennikarkę, niespożytą tropicielkę przejawów piękna we wszechświecie i świetnego przyszłego trenera. Zapraszam do lektury.

Być rodzicem to za mało
Jakim jesteś rodzicem dla swoich dzieci? Jakim chciałbyś być? Jak wyobrażasz sobie więź ze swoim dzieckiem za 5, 10 czy 15 lat? Czy zadajesz sobie w ogóle takie pytania? Możesz je usłyszeć od coacha, który nauczy cię, jak być trenerem dla własnego dziecka, już od pierwszych dni jego życia.  Być tylko rodzicem, to dziś za mało. Trzeba być rodzicem świadomym.

Niedawne (marzec 2010) badania prof. Jacka Kurzępy ze Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej wykazały, że polskie dorastające dzieci chcą spędzać z rodzicami więcej czasu. Brakuje im rozmów, wspólnych wyjść do kina i wakacji. Ale co ważniejsze - brakuje im relacji i porozumienia. Obie badane strony, rodzice i dzieci, nie znają wzajemnych oczekiwań i zakładają, że druga strona nie chce spędzać z nimi więcej czasu.

Powyższe dane potwierdzają wcześniejsze o kilka miesięcy (jesień 2009)  wyniki raportu pn. “Badania rodziców 2009″ przeprowadzonych przez MillwardBrown SMG KRC. Czytamy tam, że “rodzicom wydaje się, że dzieci spędzają więcej czasu w domu, niż twierdzą to same dzieci “oraz “rodzice słabo orientują się w tym, co robią i czego doświadczają poza domem ich dzieci”. Ponadto polscy rodzice mają wysokie oczekiwania edukacyjne w stosunku do swoich dzieci, ogromna większość (dwie trzecie) spodziewa się, że ich dziecko ukończy szkołę wyższą.
Rozbieżność wzajemnych oczekiwań zazwyczaj wynika z braku komunikacji. Brak komunikacji - z niepełnych relacji. Rodzice myślą życzeniowo, bo nie mieli czasu albo chęci poznać własne dzieci. Z pomocą w budowaniu tych więzi i podążaniem za prawdziwymi potrzebami dzieci przychodzi parent  coaching “coaching rodzicielski”. Od lat stosowany z powodzeniem na świecie, właśnie wkracza do Polski. Jesienią rusza w Krakowie Szkoła Coachów Rodzicielskich. Wyszkoleni w niej trenerzy będą
później uczyć rodziców, jak stymulować rozwój ich dzieci.

ABECADŁO

Coaching jako metoda pracy z rodzicami pochodzi ze Stanów Zjednoczonych, powszechnie stosowany jest także w Wielkiej Brytanii. Nie jest tylko zjawiskiem, chwilowym trendem, ale stylem życia dla wielu amerykańskich i angielskich rodzin. Pracownia Psychologiczna Elżbiety Sołtys w Krakowie chce czerpać z wiedzy i doświadczenia amerykańskich kolegów. - Korzystamy z materiałów sprowadzonych z USA - mówi Judyta Andrijew, koordynator projektu Szkoły Coachów Rodzicielskich. - Metody nie są nowe, ale w Polsce dotąd nie były szeroko znane. Właścicielka Pracowni, śp. Ela Sołtys, zachwyciła się efektami programu ABECADŁO, który przyniósł w USA znakomite rezultaty i postanowiła zaadaptować go w Polsce. “Abecedarian Project” realizowany w Północnej Karolinie od początku lat 70- tych ubiegłego wieku przez zespół psychologów pod kierownictwem Dr. Josepha Sparlinga, okazał się bardzo skuteczny w rozwoju  dzieci, co potwierdziły wieloletnie badania. Dzieci biorące udział w projekcie osiągały znacząco wyższe wyniki w zakresie inteligencji (w tym językowej), czytania i matematyki oraz kompetencji społecznych. - Celem amerykańskich psychologów było wyrównanie szans edukacyjnych dzieci z zagrożonych środowisk oraz przeciwdziałanie opóźnieniom rozwojowym  - opowiada Judyta Andrijew. - Opracowano zestaw stymulujących “gier edukacyjnych” oraz nowatorską metodę “interaktywnego czytania”. W projekcie wzięła udział ponad setka dzieci w wieku od 6 tygodnia do końca 5 roku życia, przeważnie z rodzin afroamerykańskich, wychowywane przez samotne, młodociane matki o niskim poziomie wykształcenia, osiągające w testach inteligencji wyniki z dolnej granicy normy. Po ukończeniu przez uczestniczące w projekcie dzieci 5 roku życia, śledzono ich dalsze losy oraz przebieg edukacji, aż do ukończenia 21 roku życia i porównywano wyniki z rezultatami rówieśników. Efekty zaskoczyły samych twórców “Abecedarian Project”.
Okazało się, m.in., że w późniejszych latach osoby objęte programem zdecydowanie rzadziej niż rówieśnicy z grupy kontrolnej wchodziły w konflikt w prawem, zażywały narkotyki czy nadużywały alkoholu. Zdobywały wyższe wykształcenie i zatrudnienie na odpowiedzialnych stanowiskach. Także matki dzieci uczestniczących w ABECADLE kontynuowały edukację i zdobywały lepszą pracę.

LEPSZA INWESTYCJA NIŻ INTERWENCJA
Po pomoc do poradni i gabinetów psychologicznych czy pedagogicznych rodzice zwracają się, gdy już jest bardzo źle, gdy nie radzą sobie z emocjami własnymi i swoich dzieci. Coaching rodzicielski może sprawić, że interwencje nie będą potrzebne, bo jeśli polscy rodzice nauczą się, jak właściwie postępować z dzieckiem od urodzenia, jest duża szansa, że unikną problemów wychowawczych w kolejnych latach. - Wnioski do jakich doszli  amerykańscy badacze wskazują, iż wczesna edukacja ma znaczący wpływ na dalszy rozwój dzieci - przekonuje Andrijew. - Dodatkowo wielką wartością programów edukacyjnych włączających rodziców w pracę z ich dziećmi jest korzystny wpływ na umacnianie więzi rodzic-dziecko, budowanie prawidłowych relacji, wzmacnianie ich kompetencji rodzicielskich oraz motywowanie do pracy nad własnym samorozwojem.

Jeśli zainwestujemy w rozwój dziecka od narodzin, zwiększymy szansę, że w latach szkolnych i w czasie dojrzewania interwencje pedagogów czy psychologów nie będą konieczne. - Inne kraje europejskie już dawno odkryły, że warto w dzieci inwestować -  mówi psycholog i trener Marta Kowalczuk. - W Polsce mamy trochę trudniej, bo przez wiele lat odpowiedzialność za dzieci była rozmyta, spychana przez szkołę na rodziców, przez rodziców na szkołę, na system, nie mieliśmy też dostępu do zachodnich metod. Ale teraz mamy i wiemy, że to działa. Spotykamy się w małych grupach  - z dwojgiem, trojgiem rodziców i ich malutkimi dziećmi: kilkumiesięcznymi, rocznymi czy dwuletnimi. Uczymy ich, jak być coachem dla swoich dzieci.

OFERTA SZKOLENIOWA CZY STYL ŻYCIA?
Czy coaching rodzicielski jest kursem miłości do własnych dzieci? Coś w tym jest. Bo dobrze wychowane, zaopiekowane dziecko zaczyna się od wychowanego, świadomego rodzica. Zmiana zachowań u rodzica wyzwala zmianę zachowań u dziecka.

Na świecie coaching dla rodziców ma wiele odmian, w Anglii np. organizuje się spotkania dla rodziców szukających wsparcia, gdy już nie radzą sobie z dziećmi. Problem jest na tyle duży, że zajęło się nim państwo - w większości programy są społeczne, finansowane przez rząd. Ale to pewnie dlatego, jak zauważa psycholog z Oxfordu Agnieszka Pasek , w Anglii dzieci nie słuchają rodziców, a rodzice nie wspierają swoich dzieci w rozwijaniu postrzegania świata. - Tu jest coaching głównie dla dzieci, którym źle idzie, albo częściej dla rodziców, którzy nie opiekują się dziećmi  wystarczająco dobrze - mówi  Agnieszka Pasek . - Jest kilka ciekawych podejść -  Parenting Classes, Parenting Skills, Parent Support, treningi grupowe I indywidualne, prowadzone przez social workerów albo przez innych rodziców lub przez terapeutę, albo przez jakąś organizację pracującą na rzecz dzieci. W każdym regionie, takim jak np. Oxford i pobliskich miejscowościach, pewnie kilkaset osób rocznie zapisuje sie na jakiś trening rodzinny. To tutaj dość powszechne.

Agnieszka Pasek  mówi, że bardzo popularny jest trening Webster Strattona: krótki kurs 10 spotkań dla rodziców, grupowo lub indywidualnie, polegający na dostrzeganiu i koncentrowaniu się na dobrych stronach swoich dzieci i omawianiu tego coachem. -Chodzi tu o uważność i koncentrację na swoim ziecku, dostrzeganie zmian w zachowaniu, sprawdzaniu reakcji: czy dzieci się cieszyły, czy złościły - opowiada Pasek. - Uczymy rodziców zmiany zachowań, które wyzwolą również zmianę zachowań u dzieci, kładzie się nacisk na to, by rodzice okazywali dzieciom, jak bardzo ich cieszą zmiany u synów i córek  na lepsze. Nie jest to nic nadzwyczajnego, ale często przynosi efekt u dzieci w wieku 1-10 lat.

Największym angielskim programem społecznym jest Sure Start (Pewny Start) zwracający uwagę na fakt, że jeśli dziecko do 5., 6.  roku życia nie zostanie prawidłowo stymulowane do rozwoju, będzie mieć później gorsze szanse w życiu. - Przeznacza się na te programy wiele pieniędzy, w każdym mieście jest co najmniej kilka ośrodków oferujących udział w programie Sure Start - mówi Pasek. - Dostępne są dla wszystkich chętnych, korzystają z nich i pełne rodziny, i samotne matki. W programie udział biorą całe armie wolontariuszy asystujących rodzinom. Są “przyjacielem” w domach, w których  być może nie ma prawdziwych przyjaciół, pomagają w obowiązkach domowych, robią zakupy, towarzyszą w codziennych zajęciach. To wszystko finansuje państwo.
W Polsce niezwykle wartościowym działaniem wspierającym rodziców jest, już od lat,  Szkoła dla Rodziców i Wychowawców oparta o metodę Faber i Mazlish (m.in. książka: “Jak mówić żeby dzieci nas słuchały. Jak słuchać, żeby dzieci do nas mówiły” Adele Faber i Elaine Mazlish), podobna do angielskiego treningu Webster Strattona. Szkołę tę prowadzi Centrum Metodyczne Pomocy Psychologiczno-Pedagogicznej, placówka doskonaląca nauczycieli, powołana przez Ministra Edukacji Narodowej. Ale szkół dla rodziców, szkoleń dla rodziców wciąż nie ma.

KOMPETENTNY RODZIC, SZCZĘŚLIWE DZIECKO
Coaching rodzicielski, szeroko stosowany w krajach zachodnich, w Polsce dostępny i stosowany póki co jedynie instytucjach komercyjnych, wpływa na relacje w całej rodzinie, uczy wszystkich jej członków uważności na drugiego człowieka, co pozwala budować prawdziwe, a nie życzeniowe relacje. Metoda nie nakłada też na dzieci i rodziców dodatkowych obowiązków, czy wysiłku.  - To są proste ćwiczenia - mówi Marta Kowalczuk z Pracowni Psychologicznej. - Relaksacja, masaże, muzykoterapia, kontakt z dzieckiem pozawerbalny, np. przez dotyk, unoszenie, kołysanie. Klucz tkwi, po pierwsze w świadomości, po drugie w konsekwencji stosowania. Zadaniem rodzica jest poznać metodę, czy ćwiczenie i konsekwentnie to z dzieckiem powtarzać, żeby przekonać się za jakiś czas, jaki rezultat osiągnął. To wszystko.

Co można zobaczyć u trzytygodniowego dziecka? - Np. to, że nawiązuje się relacja - przekonuje Anna Gużda, pedagog rodzinny, która zapisała się do Szkoły Coachów Rodzicielskich. - To wszystko dzieje się w zabawie, nie trzeba poświęcać dodatkowego czasu. Dla wielu rodziców będzie to naturalna reakcja, dotykiem i masażem możemy dziecko rozluźnić, uspokoić ale także świadomie tworzyć z nim bliskość, więź. Ta wiedza u rodziców nie zawsze jest intuicyjna, coach rodzicielski pomaga im to dostrzec, ale już konsekwencja w stosowaniu metody zależy od rodzica.

RODZIC JAKO EKSPERT

To rodzic, nie coach, wciąż pozostaje głównym ekspertem w sprawach swoich dzieci. To on wie najlepiej, czego potrzeba jego dziecku, to on zna jego reakcje najlepiej, to on będzie dla niego najlepszym nauczycielem, coachem, trenerem. Ważne, by zdobył kompetencje i większą świadomość siebie. Bo rodzicielstwo to dziś prawdziwe wyzwanie. Rozwija się jak każda inna dziedzina życia i nauki, i dobrze - bo nie ma chyba nic piękniejszego i ważniejszego, niż stwarzać warunki do rozwoju szczęśliwych ludzi. Z kilkudniowym niemowlęciem można się już 2komunikować2, nie wystarczy go tylko pielęgnować.-? Rodzice często mają trudność z interpretowaniem sygnałów wysyłanych przez ich maluszka - mówi Andrijew, koordynator projektu Szkoły Coachów Rodzicielskich  - By nie zginąć wśród mądrych, ale często sprzecznych rad z poradników, trzeba słuchać własnego instynktu oraz - co najważniejsze -  własnego dziecka. Czyż nie byłoby pięknie, gdyby po świecie chodziło więcej spełniających sie w swej roli rodziców oraz ich szczęśliwych, otoczonych miłością dzieci?

Pewnie, że byłoby pięknie! W tym wszystkim warto jednak pamiętać, że nawet najlepszy coaching nie zastąpi mądrej miłości rodziców do dziecka , może ją tylko  wzmocnić.

RENATA MAZUROWSKA
www.wpelnidnia.pl

Po co nam Alicja?

marzec21

Po co nam Alicja?

Zawsze chciałam napisać coś na temat “Alicji w krainie czarów”. I dobrze się złożyło, że Rzeczpospolita zamówiła o niej tekst. Artykuł napisałam, przy okazji porozmawiałam sobie z moją dawną uniwersytecką nauczycielką dr Moniką Graban-Pomirską. Była to miła rozmowa i artykuł też niczego sobie, myślę…

Po co nam Alicja? - Rzeczpospolita, Piątek Plus, 19.03.2010

Mała szansa, Marjolijn Hof

marzec9

Mała szansa, Matjolijn Hof

Pewnie to się wyda dziwne, że prawie 40-letnia kobieta płacze po przeczytaniu książki dla dziesięciolatków (która to książka nie jest ani “Małą księżniczką” ani “Tajemniczym ogrodem”). A jednak się stało. Rozpłakałam się. Uprzedzam, na pewno nie grozi to dziesięcioletnim czytelnikom “Małej szansy”. Oni na pewno po lekturze pomyślą sobie, że ta Kiki jest świetną dziewczyną i chętnie by się z nią zaprzyjaźnili. A ja zapłakałam chyba z powodu geniuszu autorki. Opisana w książce historia dziesięciolatki z Holandii, której tato - lekarz wyjeżdża na wojnę, naprawdę nie zawiera zbędnego słowa. W tej książce właściwie niewiele się dzieje. Uczucia i emocje bohaterki i jej mamy nie są nazwane. Dowiadujemy się o ich sile, kiedy Kiki trzyma nad balustradą swojego psa, a jej mama - płacze długo w noc. Nie ma tam spektakularnych dramatów, wyznań miłości. Jest dziecięcy bunt, bezradność. Genialne opisany sposób na zaczarowywanie losu jest opisany ze znakomitym wyczuciem wyobraźni i emocji wchodzącego w coraz bardziej skomplikowany świat, młodego człowieka. Książka jest unikatowa, bo wypełnia lukę między słodko-lukrowanymi opowieściami o dziewczynkach oraz mega-niegrzecznych chłopcach a powieściami o pierwszych pocałunkach dla dorastających panienek. Sięgając pamięcią 30 lat wstecz przypomniała mi się malutka książeczka “Jak ty piszesz, Kotten” Marity Lindquist, w podobnie kameralny i empatyczny sposób opisująca świat emocji już prawie nastolatka. Polecam, nie tylko dla dziesięciolatków.

——————————–
Mała szansa, Marjolijn Hof
Wydawnictwo Hokus-Pokus, Warszawa 2010
Oprawa twarda, 92 strony, 24,90 PLN

Gut reingerutscht ins neue Jahr

styczeń5

Gut reingerutscht ins neue Jahr

Zaczynam po niemiecku, bo my wciąż w Niemczech, ale kontynuuję już po polsku, czyli Szczęśliwego Nowego Roka (Rocka - jak kto sobie życzy :) Dziekuję za życzenia i zainteresowanych informuję, że jak tylko wyruszyliśmy w przedzień wigilii do Nadrenii Północnej Westfalii, nasze pociechy zwymiotowały to, co miały w żołądkach podczas pierwszych 15 minut jazdy. W związku z tym uznaliśmy, że nie mają już czego zwracać, więc nic nie stoi na przeszkodzie, by jechać dalej. To pojechaliśmy. I przebywając tu w Dusseldorfie poczyniłam sporo obserwacji w interesującej mnie dziedzinie literatury dziecięcej. A więc:

  • wspólnie z Omą (babcią) Krysią ustaliłyśmy, że niektóre wiersze Brzechwy się zestarzały (babcia dużo czyta naszym córkom), szczególnie “Kłamczucha”: “To nie są żadne kłamstwa, tylko wspaniała dziecięca fantazja” - wykrzyknęła oburzona Oma Krysia. I nie pozostało mi nic innego, jak się z nią zgodzić.
  • doskonałe książki dla dzieci kupuje się w niemieckich antykwariatach, np. znakomity leksykon z 1977 roku za 2 euro, w którym wprawdzie komputery pokazane są jak olbrzymie ekrany i nie ma np. płyt CD, ale za to przepiękne namalowane owoce, warzywa, kwiaty, zioła i zwierzęta. Coś lepszego od naszej rodzimej encyklopedii również z lat 70-tych pt. “Polska. Moja ojczyzna”. Kto ją jeszcze pamięta?
  • stanęłam także przed dylematem cenzurowana bajek. Babcia zaczęła o Czerwonym Kapturku w wersji soft (Wilk to dobry kompan Babci), więc nie pozostaje mi nic innego, jak kontunuować w tym duchu. Tylko co na to Jakob Ludwig Carl i Wilhelm Grimm, którzy 350 km na wschód stąd pisali Czerwonego Kapturka w bibliotece w Kassel?
Zdjęcie: M
Zdjęcie: Maia & Lena w studiu swojego wuja Matthiego, Düsseldorf
« Older Entries